18 Wrzezśnia 2007

historia południowej pierzei

Album64__Medium_.JPG

 

 Fotografia z archiwum Zygmunta Kościelnego.

 

    Plac Czarnieckiego przed I wojną światową. Na fotografii po prawej stronie widać rząd budynków. Jest to zabudowa południowej pierzei Głównego Rynku w Tykocinie z czasów Jana Klemensa Branickiego czyli z połowy XVIII w. Niestety czas nie był tak łaskawy dla historycznych budowli tej rynkowej połaci. W przeciwieństwie do pierzei nadrzecznej straciła ona dawny kształt i klimat. A trzeba wiedzieć, że domy stojące tam przed 250 laty miały bardzo ważne znaczenie w życiu miasta.

 

    To, że całkowicie znikły z powierzchni ziemi i już nawet na najstarszych fotografiach nie ma po nich śladu, tym bardziej rozbudza naszą ciekawość i wyobraźnię. Spróbujmy zatem opowiedzieć szczegółowo, poczynając od pierwszej posesji na rogu Rynku i ulicy Jordyki, naprzeciwko szpitala dla ubogich czyli późniejszej tzw. „organistówki”.
Historia tego miejsca jest zagadkowa i niezwykła jak niezwykłe i zagadkowe są losy miasta Tykocina. Gdy w 1425 r. wójt Piotr z Gumowa wystarał się Tykocinowi o prawa miejskie, być może stał tu już jakiś dom należący do jednego z pierwszych tykocińskich osadników. Sto lat później w czasach króla Zygmunta Augusta mieszkali w tym miejscu znakomici obywatele. Historycy piszą, że w 1571 r. stał w tym miejscu dom Jana Namietnika, który opiekował się królewskimi arrasami na tykocińskim zamku. A może właśnie tutaj był dom „króla Jego Mości od pana leśniczego wzięty”, w którym mieściła się słynna tykocińska królewska mennica?

    Z całą pewnością w 1737 w miejscu tym stał dom, w którym mieściła się apteka. Należała ona do tykocińskiego aptekarza szlachetnie urodzonego Brunona Maraya. Głównymi drzwiami od rynku wchodziło się do izby, gdzie pod ścianami na regałach stały dziwne szklane, drewniane i gliniane naczynia, flaszki, słoiki i puszki z tajemniczymi napisami. Przez oprawne w ołów małe szybki wpadało niewiele światła. Panował półmrok. Powietrze było przesycone zapachem ziół, wywarów i mikstur, które aptekarz przyrządzał w laboratorium na zapleczu. Ci, którym udało się tam ukradkiem zajrzeć, podziwiać mogli wbudowany w piec wielki alembik, z pękatym szklanym brzuchem i plątaniną rur i rurek. Coś w nim wiecznie bulgotało i parowało. Na kuchennym palenisku w żelaznych kociołkach gotowały się aromatyczne wywary. Aptekarz w długiej ciemnej szacie ważył na dziwnej wadze proszki, które pomocnik aptekarski ucierał w wielkim mosiężnym moździerzu. Pewnego wiosennego dnia owego 1737 roku przed apteką zatrzymał się powóz. Na specjalnym łożu spoczywał jaśnie oświecony i czcigodny pan Szymon Kruszewski z parafii Niewodnica. Był bardzo chory i nie mógł chodzić już o własnych siłach. Jego słudzy wywołali na zewnątrz aptekarza Maraya i prosili o pomoc. Tłumaczyli, że ich jaśnie oświecony dziedzic znikąd już ratunku w chorobie nie mając, polecił się wieźć nigdzie indziej, jak tylko do Tykocina. Miał nadzieję odzyskać zdrowie pod opieką tak znakomitego aptekarza jak Brunon Maray. Pokręcił głową aptekarz, widząc, jak ciężką niemocą pan Kruszewski był złożony. Ulitował się nad nim i przyjął do swego domu na kurację. Jednak pomimo wielkich starań, użycia wszystkich znanych sposobów leczenia, nie udało mu się uratować biedaka. Nie pozostało nic innego, jak posłać po księdza proboszcza Antoniego Porembnego. Czcigodny pan Szymon Kruszewski, opatrzony wszystkimi świętymi sakramentami, umarł w dzień targowy we wtorek 11 czerwca 1737r. Miał zaledwie około 40 lat. Następnego dnia ks. Antoni Porembny pochował go z należnymi honorami w grobie wewnątrz parafialnego kościoła w Tykocinie.

    Mijały lata. Nie wiemy co działo się dalej z apteką i aptekarzem. Może wyjechał z Tykocina? W parafialnych księgach nie znajdujemy bowiem żadnych informacji o jego śmierci. Gdy w połowie XVIII w. hetman wielki koronny Jan Klemens Branicki, dziedzic Tykocina, urządzał na nowo miasto, budował obecny wielki kościół i domy przy głównym rynku, na miejscu apteki był tylko pusty plac. Na tym właśnie placu w narożniku głównego rynku hetman kazał zbudować wielki dom zajezdny czyli austerię. Budowę zakończono w grudniu 1754 r.

    Austeria stała w południowo - wschodnim narożniku rynku. Składała się z dwóch prostopadłych skrzydeł: jedno od strony wschodniej, wzdłuż placu szpitala dla ubogich, drugie od południa, wzdłuż południowej pierzei rynku. Zbudowana była z tzw. drzewa kostkowego. Sień zaś z muru pruskiego. Główne wejście znajdowało się od strony kościoła, czyli od wschodu, w narożniku, naprzeciwko szpitala dla ubogich. Były to prowadzące do sieni pojedyncze wrota z furtką zaopatrzoną u góry w jedną kunę. Obok znajdował się wjazd do stajni. Prowadziły do niej podwójne wrota na biegunach i z żelaznymi kunami u góry. W stajni wokoło pod ścianami znajdowały się żłoby. Podłoga prawdopodobnie ułożona była z tzw. dylów. Obok znajdowała się kuchenka murowana z kominem na dach wywiedzionym. Obok kuchenki z sieni przez drzwi z tarcic na zawiasach i zapadką żelazną wchodziło się do izby. Były w niej cztery okna oprawne w drewno. Wyposażenie izby stanowił piec z zielonych kafli oraz murowany kominek z okapem (kapiasty). Pośrodku stał duży drewniany stół na „krzyżakach” (na krzyżowych nogach), wokoło zaś pod ścianami - drewniane ławy „dla siedzenia” . Sufit zrobiony był z tarcic, podłoga zaś z cegły. Z tej izby prowadziły drzwi z tarcic na zawiasach i z zapadką żelazną do alkierza. Znajdowało się w nim jedno okno oprawne w drewno. Sufit był zrobiony z tarcic, podłoga zaś z cegły jak w izbie. W izbie za piecem były drzwi do korytarzyka. Z prawej ich strony znajdowała się drzwi kuchnia murowana do gotowania jedzenia. Drugie wejście do austerii znajdowało się od strony Rynku czyli dzisiejszego Placu Czarnieckiego. W tej części budynku były dwie paradne izby usytuowane symetrycznie po obu stronach wejścia. Izba pierwsza (od prawej strony) miała dwa okna oprawne w ołów, druga zaś tylko jedno okno także oprawne w ołów. W obu tych izbach sufity zrobione były z tarcic, posadzki zaś z cegły. W każdej znajdował się murowany kapiasty kominek i piec z zielonych kafli. Umeblowanie stanowiły stoły na krzyżakach i ławy pod ścianami.
    Austerię prowadził dzierżawca, ustanowiony specjalnym kontraktem przez ekonoma Hrabstwa Tykocińskiego. Poniedziałek 30 czerwca 1766 r. był ważnym dniem w życiu Andrzeja Widenhagena mistrza kunsztu mularskiego. Tego dnia stawił się w Zamku Tykocińskim i z rąk samego pana Karola Farbrycjusza ekonoma Hrabstwa Tykocińskiego, otrzymał w dzierżawę „Austerię Pańską w Mieście Tykocinie będącą przy Szpitalu murowanym od roku teraźniejszego 1766 terminu Świętego Jana Chrzciciela Święta Rzymskiego, aż do roku da Bóg 1767 do takowego dnia i terminu Świętego Jana”. Przyjmując w dzierżawę tę austerię ze wszelkim zabudowaniem zobowiązał się Widenhagen do wpłacania rocznie 400 złotych do kasy dziedzica miasta. Do jego obowiązków należało utrzymywanie w należytym porządku zajazdu i goszczenie przybywających podróżnych.
    Żona Andrzeja Widenhagena słynęła w Tykocinie z niezwykłych umiejętności lekarskich. Powszechnie wiedziano, że gdy choremu nie pomagały zabiegi wojskowego felczera Hinsa, ani żydowskiego cyrulika Dawidka Jelenia z Zatylnej, trzeba posyłać po mularkę Andrzejową Widenhagenową. Ta bowiem kobieta „znając się na kuracyi wszelakich defektach wielu pacjentów ratowała”. Pewnego razu zachorował ciężko sąsiad Widenhagenów Wincenty Chudziński. Zrobił mu się „na ciele pod sercem wrzód jak bochen chleba wielkości”. Cyrulik Dawidek był bezradny i orzekł nawet, że chory nie pożyje dłużej, jak kilka dni. Mularka Andrzejowa obejrzała dokładnie wrzód i podjęła się kuracji. Zabrała Chudzińskiego do swego domu, zawołała felczera Hinsa i „wrzód rozerznąc kazała [...], materią sprowadziła, mając go przez niedziel sześć w kuracyi do zupełnego zdrowia przyprowadziła.” Za tę kurację należało się Andrzejowej piętnaście tynfów. Jednak Chudziński wymawiał się tym, że pieniędzy nie ma, a w zamian dał jej tylko trochę żyta, grochu i słomy. Tak minął rok. Pewnego dnia przyszedł Jan Pacewicz, miecznik tykociński i z płaczem prosił mularkę o ratunek dla swojej żony. Pogryzł ją pies i na nodze „wielkie rany przez zajętrzenie się porobiły”. Biedaczka nie mogła chodzić, a nikt sposobu do wykurowania jej dać nie chciał”. Gdy pani Widenhagenowa zobaczyła opuchniętą i zaognioną nogę miecznikowej, zawahała się, czy zdoła taką ranę wyleczyć. Miecznik z żoną bardzo ją jednak prosili a „za wygojeniem nogi deklarowali dać tynfów dwanaście”. I tym razem kuracja się powiodła. Jednak Pacewicze wymawiali się od zapłaty. Minęło dalsze dwa lata. W końcu Andrzej Widenhagen nie chcąc już dłużej czekać, poszedł na skargę do Sądu Zamkowego, który nakazał Wincentemu Chudzińskiemu i Janowi Pacewiczowi wypłacić natychmiast należące się jego żonie pieniądze. Sprawa ta została wpisana do Księgi Sądu Zamkowego w Tykocinie pod datą dnia 27 maja 1767 roku.



    Nie wiemy jak długo Andrzej Widenhagen, mistrz kunsztu mularskiego zarządzał Pańską Austerią. Może wyjechał w końcu z Tykocina, rozgniewany na pacjentów swojej żony? Cztery lata później w 1771 r. Austerię dzierżawił Tomasz Zimnochowicz, który miał dwóch synów: pięcioletniego Franciszka i trzyletniego Marcina.

    Mijały lata i wieki. Stara Austeria Pańska zapadła się pod ziemię.Na jej miejscu pobudowano liche budynki, jakie widać na tej starej fotografii. Co było potem? Może dopowiecie Państwo sami?

Ewa Wroczyńska