24 Sierpnia 2017

Historia Eliezera Olsztajna

 

Ocalonego z tykocińskiej Zagłady
Sefer Tiktin

 

 

Tłumaczenie z hebrajskiego na angielski Selwyn Rose

 

Tłumaczenie na język polski  Jakub Markiewicz


Jeżeli chciałbyś dowiedzieć się o żydowskiej społeczności Tykocina, jej radościach i cierpieniach, jej zmartwieniach i codziennych zmaganiach, jej marzeniach i przyjemnościach - udaj się do Beit Hamidrash (1), poobserwuj, proszę cię, zgromadzoną tam grupę Talmudystów i  grupę studiów Tory i zatrzymaj się na chwilę - nawet jeśli tylko na chwilę - obok okien synagogi Chasydzkiej, wewnątrz której zawarta jest tajemnica istnienia tej społeczności, gdzie rozprawiają nad kolebką jej marzeń i matecznikiem jej duszy. Wtedy usłyszysz szmer jej radosnego życia, wtedy poczujesz jej puls życia – wówczas będziesz wiedział i zrozumiesz ...

 

Żydowskie życie zniknęło z Tykocina - zniknęło! Już nie będzie marzeń o dobrej przyszłości, tylko gorzka, okrutna rzeczywistość. Nie będzie przyjemnego, radosnego życia, tylko śmierć, zniszczenie i spustoszenie; I nade wszystko - strach. Odkąd Niemcy wkroczyli do Tykocina, wychodzimy z naszych domów tylko wtedy, kiedy jest to absolutnie konieczne. Nasze synagogi i Bejt-Midrasz(2) są puste. Dźwięki pieśni i modlitwy są niesłyszalne, studiowanie Tory ustało. Tylko w chasydzkim "Shtiebel" można nadal znaleźć kworum do odmawiania modlitwy. Reszta ludności żydowskiej gromadzi tylko małe kwora w prywatnych domach; Duża Beit-Hamidrash, która kiedyś roiła się od tykocińskich Żydów, jest pusta. Polscy chuligani czyhają w zasadzkach, a Żydzi, którzy ośmielą się tam pojawić, zostają złapani i posłani do wszelkiego rodzaju poniżających prac, ubrani w swoje modlitewne szale i filakterie.

Polscy chuligani robili w mieście, co tylko chcieli. Sponsorowani przez Niemców i żandarmów zabierali Żydów do pracy, bili ich i kradli ich mienie. "Pobieramy podatki za szkody, które ‘wasi’ Rosjanie zrobili" - mówili. W ciągu pierwszego miesiąca niemieckich rządów strach i dezorientacja panowały nad wszystkim i organizowaliśmy nasze życie i działania z wielką ostrożnością i podejrzliwością i utrzymywaliśmy się racjonując jedzenie, które ukryliśmy w dobrych czasach, żeby uniknąć wychodzenia na ulicę i spotykania się z Polakami. Przyszłość była ukryta we mgle, nikt nie wiedział, jaki niepokój przyniesie dzień i co nas czeka.

 

W ostatni szabat miesiąca Av (5 sierpnia 1939 r.), zebraliśmy się w domu Izraela Bubera, modlili się cicho, przeczytaliśmy część Tory przypadającą na ten tydzień i pobłogosławiliśmy Nowy Księżyc "... na nadchodzący miesiąc z dobrocią, szczęściem i radością". Ale przed nami nie było "radości" ani "szczęścia", przed nami po tym szabacie nie czekało nas nic poza strachem i pomieszaniem. Atmosfera była jak naładowana dynamitem i wyczuwaliśmy specyficzny nastrój wśród polskiej ludności, a polscy rolnicy wywoływali we mnie tylko uczucie zagrożenia, gdy spotkaliśmy się na ulicy. Do naszych uszu docierały rozmaite pogłoski i plotki, między innymi mówiono, że w lesie niedaleko wsi Łopuchowo zostały wykopywane trzy znacznej wielkości wykopy i nasze obawy wzrosły. Było jasne, że Niemcy coś przygotowywali, ale nikt nie wiedział co i nikt nie myślał, że to było tak blisko.

 

Następnego ranka, w niedzielę, przed rozpoczęciem miesiąca Elul (mniej więcej sierpnień ) ogłoszono miejski dekret, zgodnie z którym wszyscy Żydzi z Tykocina muszą wziąć ze sobą z  domu wszystkich chorych i słabych ludzi i zebrać się na rynku następnego dnia rano. " Dziś wieczorem żywa dusza nie może opuścić swojego domu po godzinie ósmej. Każdy złapany na zewnątrz po tej godzinie - zostanie zastrzelony.”


Postanowiłem wziąć moją żonę i córkę do jednego z pobliskich gospodarstw i poczekać na bieg wydarzeń. Zamierzałem zrobić to wieczorem pod osłoną ciemności, ale stawało się jasne, że nie będę w stanie zrealizować mojego planu. Gdy tylko nadeszła noc, a mglisty zmierzch opadł na domy i ulice, cicha, zamarła żydowska dzielnica stała się niczym mrowisko, rozbiegane na wszystkich ulicach we wszystkich kierunkach. Każdy był bardzo przestraszony, a ponieważ nikt nie wiedział, co ma się wydarzyć i co powinien zrobić, ludzie spieszyli do domów rodziny i przyjaciół, aby omówić sytuację, podzielić się swoimi zmartwieniami, uzyskać informacje i poprosić o radę. Dziesiątki przerażonych ludzi biegało niemal bezszelestnie z domu do domu, ale ani starsi gminy, ani przedsiębiorcy, a nawet Rabin Av'eleh nie potrafili udzielić im żadnej rady.


O tej godzinie – o zmierzchu – pomiędzy dniem i nocą, mój brat Zyskind i mój szwagier Zacharewicz przybyli do mojego domu. Obaj byli zdezorientowani i w rozterce. Powiedzieli mi, że tuż przed chwilą był w ich domu Szir Leib Trachamowski, który był przedstawicielem społeczności w żandarmerii i powiedział, że nie ma podstaw do obaw. Jego zdaniem to są tylko formalności i Żydom nic nie grozi. Właśnie tego samego dnia - mówił Szier Leib - Niemcy zamówili dużą liczbę butów (w żydowskich warsztatach szewskich - przy. tłum.) i można przypuszczać, że żadna zmiana statusu miasta nie była przewidziana, przynajmniej na razie.


Mój brat i szwagier dali się przekonać, że jutro na rynku nie należy spodziewać się niczego złego, a nawet i ja próbowałem przekonać siebie, aby nie ulec panice. Ale niecałą godzinę później zmieniliśmy zdanie wpadając z jednej skrajności w drugą. Spotkaliśmy na ulicy polskiego sekretarzem miasta - dobrego przyjaciela - który powiedział nam w całkowitej tajemnicy, że jutro istnieje wielkie niebezpieczeństwo dla wszystkich Żydów. "Możecie zostawić tu wasze rodziny" - wyszeptał na ucho mojemu bratu. "Wy – mężczyźni - natychmiast opuśćcie miasto".

Sekretarz poszedł swoją drogą i zostawił nas, stojących tam na ulicy, ogłupiałych, wrośniętych w ziemię i oniemiałych. Nagle usłyszeliśmy głuchy dźwięk ciężkich pojazdów i niewiele myśląc rzuciliśmy się do ucieczki. Mimo wszystko pomyślałem, żeby pobiec do domu i pożegnać się z żoną i dziećmi. Ustaliliśmy miejsce spotkania na łące poza miastem i pobiegłem do domu. Mojej żony nie było w domu. Poszła do domu rodziców, aby przynieść mi szal modlitwy, ponieważ po mieście rozeszła się plotka, że jutro będą szukali komunistów i noszenie małego tałesu, pomogłoby przekonać, że mający go na sobie nie jest komunistą. Pocałowałem dwie córki i mojego małego syna, powiedziałem im, że wychodzę tylko za dzisiejszą noc i wrócę nazajutrz i pospieszyłem na łąkę. Kiedy wyszedłem z domu, spotkałem moją żonę i powiedziałem jej, co powiedział sekretarz. Włożyła mi tałes i rozstaliśmy się z jej błogosławieństwem w uszach: "Idź w pokoju i żyj".

 

Na polu spotkałem się z innymi żydowskimi mężczyznami, którzy także uciekali i pospieszyliśmy z moim bratem i szwagrem do jednego z odległych gospodarstw. Nagle zobaczyliśmy na horyzoncie grupę jeźdźców, położyliśmy się płasko w bruzdach kartofliska i wstrzymaliśmy oddech. Mężczyźni byli niemieckimi żołnierzami jadącymi do Tykocina od strony lasu łopuchowskiego.

 

Idąc szybko i bezgłośnie kontynuowaliśmy nasz marsz. Udało mi się dotrzeć do domu polskiego znajomego, który powiedział mi, że właśnie wrócił z lasu, gdzie pomagał wykopać trzy duże wykopy dla Niemców. Wykopy - powiedział – były najwyraźniej przeznaczone dla tykocińskich Żydów. Poprosiłem go, żeby zaprzągł konia do wozu, pojechał do Tykocina i przywiózł moją żonę i córkę do gospodarstwa, blisko miejsca, gdzie zamierzałem się ukryć. Kiedy obiecałem mu dziesięć paczek tytoniu - rzadki towar w tamtych czasach, przyprowadził konia i pojechał w kierunku miasta.

 

Tymczasem ukrywaliśmy się w gospodarstwie. (3) Było nas wielu Żydów, wśród nich mój brat Zyskind, mój szwagier, Bendt Zacharewicz i Jakow Wolf i tej nocy dołączyli nas Leibel Fritz. Rano usłyszeliśmy serie ognia z kierunku lasu. Każdy strzał był jak miecz wbijany w moje serce, świadczący o odbywającym się horrorze, ale nie mogłem nic zrobić. Tymczasem mój polski przyjaciel wrócił i powiedział, że obawiał się wejścia do miasta, ponieważ Niemcy grozili zabiciem każdego, kto da schronienie Żydom.

 

Pod wieczór zostaliśmy zmuszeni do opuszczenia naszej kryjówki, ponieważ zbyt wielu ludzi wiedziało, że tam byliśmy i baliśmy się, że ktoś nas wyda. Wyszliśmy na pola i ukrywaliśmy się przez noc śpiąc wśród krzaków i snopów słomy ułożonych w stos. Nagle usłyszeliśmy, płacz dziecka. - To mój syn, Mottel - powiedział mój brat i wyskoczył w stronę tego głosu. Wśród krzewów znalazł swoją żonę Rosę i ich troje dzieci.

 

Gdy Żydzi z Tykocina poszli na rynek, Rosa zabrała dzieci i wspięła się na poddasze swojego domu. Dom był blisko Rynku i przez pęknięcie w ścianie mogła patrzeć na plac i widzieć wszystko, co działo się poniżej.(4) Zobaczyła, że setki Żydów były ustawionych w kolumnach po cztery osoby, a na czele każdej kolumny umieszczono instrumenty muzyczne, a za nimi cenne przedmioty religijne z miasta, które Chasydzi, owinięci w szale modlitewne, przynieśli ze swoich "Shtiebel".

Mój brat wziął swoją rodzinę i udał się do Białegostoku, a ja i mój szwagier udałem się do Knyszyna, gdzie dotychczas Niemcy nie zaczęli jeszcze swoich czynności „oczyszczania". Przez około miesiąc ukrywaliśmy się w polach tego polskiego znajomego niedaleko Knyszyna. Razem z nami byli: Berl Brenner, Becalel Wyłoga, Mosze Kobyliński i jego żona, Eli Mosze Neches (?), młody Kafka i Szlomo Zacharewicz oraz jego żona, która prowadziła dzienniczek.

W rzeczywistości nasze życie zależało od milczenia Polaków, wśród których ukrywaliśmy się, a pośród nich byli i tacy, którzy chętnie widzieliby nas martwych, aby móc ukraść nasze dobra. Żyliśmy w wiecznym strachu przed wydaniem, dopóki w istocie tak się nie stało. W pewien piękny, sobotni poranek Kobyliński i Kafka idąc do znajomego spotkali się z niemieckim plutonem. Zostali pobici, zabrani do więzienia, a następnie zastrzeleni na krawędzi wykopu w lesie Łopuchowo.


Zauważyłem pluton, kiedy był już całkiem blisko naszej siedziby. Zanurkowałem w boczne drzwi i rzuciłem się do biegu. Usłyszałem krzyk "Halt!" za mną i pociski gwiżdżące wokół mnie, ale kontynuowałem bieg jak szalony. Całkowicie wyczerpany dotarłem pod osłonę pobliskiego lasu i tam kontynuowałem przedzierając się przez błoto i topniejący śnieg, aż spotkałem Polaków, którzy zabrali mnie do swoich domów. Warto wspomnieć, że w tym czasie Niemcy nie zaczęli źle traktować Żydów z Knyszyna, tylko tych z Tykocina, którzy w oczach Niemców byli wszyscy we współpracy z Rosjanami i polowano na nich na całym obszarze. Wydaje się, że to był jedyny powód, dla którego w całym regionie tylko społeczność Tykocina stała się ich celem.


W ciągu najbliższych dwóch lat byłem w ciągłym ruchu to tu, to tam, od wioski do wioski i od gospodarstwa do gospodarstwa, przez krótkie okresy wśród pewnych Polaków, których znałem, ale pozostając przez cały czas mniej więcej w okolicach Tykocina. Kiedyś poznałem Polaka, z którym ukrywał się Aron Feller i opowiedziałem mu o sobie. W tym czasie przebywał on w getcie w Białymstoku, ale ponieważ jego praca polegała na wywożeniu śmieci, udawało mu się sporo poruszać po okolicy poza gettem. Zawiadomił mojego brata Zyskinda, który był wtedy w getcie ze swoją rodziną oraz skontaktował się z Polakiem, u którego się zatrzymałem, aby przekonał mnie, żebym udał się do getta. W tym czasie getto wydawało się bezpiecznym rajem w porównaniu do innych kryjówek, gdzie niebezpieczeństwo śmierci zawsze wisiało nad uciekinierami. W zimie 1942 r. przy pomocy Arona Fellera dostałem się do getta.


Nie tak długo getto wydawało się takim bezpiecznym rajem. Trzy miesiące po moim przybyciu zamknęli nas i stało się ono pułapką dla tysięcy uwięzionych Żydów. Była to pierwsza "Akcja".(3)W ostatniej chwili udało mi się uciec – znów z pomocą Arona Fellera, pod warunkiem, że zabiorę ze sobą jego syna Icchaka. Wyruszyliśmy pod wieczór, kierując się do Polaka, który mieszkał w pobliżu wsi Zawady, gdzie miałem wielu znajomych. Ukrywali nas przez pięć miesięcy, a potem jeden z nich powiedział mi: "Dopóki żyję, nie stanie ci się żadna krzywda!" i rzeczywiście, mężczyzna ten uratował nam życie.


Po pięciu miesiącach doszły nas pogłoski sugerujące, że do getta w Białymstoku wróciło względne bezpieczeństwo i wróciliśmy tam. Udało mi się ukryć, gdy Niemcy przeprowadzili drugą "Akcję", ale kiedy ostatnia "Akcja" miała miejsce, załadowano mnie wraz z tysiącami innych Żydów do "pociągu śmierci", który kierował się do obozów zagłady. Byliśmy stłoczeni w bydlęcych wagonach w niemożliwie przepełnionych warunkach, podczas gdy w kolejnym wagonie byli ukraińscy strażnicy.

Ze mną w wagonie był mój brat Zyskind i inni z Tykocina, wśród których byli Feller, Hellerstein i Jabłonowicz. Hellersteinowi i Jabłonowiczowi udało się wywiercić dziurę w drzwiach wagonu i zdołaliśmy sięgnąć do sworznia zamykającego wagon z zewnątrz. Ukraińcy w kolejnym wagonie dostrzegli, co zrobiliśmy i postrzelili rękę wyjmującą sworzeń, ale drzwi otworzyły się. Pierwsza w kolejce do skoku była młoda dziewczyna, około osiemnastu lat, która uderzyła w drzewo rosnące na skraju torów. Następnie Icchak Feller, potem skoczyłem ja i po mnie, mój brat.


Znaleźliśmy się w lesie Szaptura (?), gdzie spotkaliśmy grupę ośmiu Żydów, którzy wyskoczyli z innych wagonów, jeden z nich był ciężko ranny. Pociąg poruszał się dość szybko i wielu zginęło w trakcie skakania. Innych zabił ogień z karabinów maszynowych niemieckich i ukraińskich strażników. Słyszeliśmy echo strzelania dość długo po tym, jak wyskoczyliśmy; ale wielu uratowało się i ukryło się w lesie.


Kiedy w lesie ucichło, zaczęliśmy szukać kryjówki i ostatecznie znaleźliśmy coś w rodzaju studzienki w żwirowni, która wydawała się odpowiednia, a po tym, jak zamaskowaliśmy ją, przykrywając krzakami, wczołgaliśmy się do środka i spędziliśmy tam resztę dnia. W ciągu dnia usłyszeliśmy strzały, gdyż Niemcy kontynuowali poszukiwanie uciekinierów w lesie i strzelali do Żydów, którzy wyskoczyli z "pociągu śmierci". Wieczorem oddzieliliśmy się od naszych ośmiu towarzyszy i my, trzech z Tykocina, zaczęliśmy marsz w stronę naszego miasta.


Po dwóch nocach marszu - ukrywaliśmy się w lesie w ciągu dnia - przybyliśmy zmęczeni i głodni do gospodarstwa około pięciu kilometrów od Tykocina. Później dowiedziałem się, że bracia Mosze i Menachem Turek ukryli się w tym samym gospodarstwie lub może w pobliżu. Polski rolnik wyrzucił nas. Jego sąsiad pozwolił mi zostać w swoim domu, ale gdy zobaczył, że towarzyszą mi brat i Feller, on również powiedział nam, że mamy odejść. Niemniej jednak dał nam gorący posiłek. W końcu zgodził się, żebyśmy ukryli się w jego stodole i obiecał przynosić nam posiłek każdej nocy. W ciągu dnia siedzieliśmy w stodole, w której było piekielnie gorąco i tylko w nocy mogliśmy wyjść i trochę odetchnąć chłodym, świeżym powietrzem. W drugą lub trzecią noc, kiedy spodziewaliśmy się naszego posiłku, Polak nie przyszedł, wyszedłem z Icchakiem Fellerem, żeby poszukać trochę ziemniaków w ogrodzie, ale po drodze znowu spotkaliśmy jakiegoś Polaka i znów zostaliśmy bez bezpiecznej kryjówki.


W ciągu następnych sześciu tygodni żyliśmy koczowniczym życiem przenosząc się z miejsca na miejsce. Nikt nie pozwalał nam zostać w swoim domu i tylko nieliczni dawali nam jedzenie. Nie pozostawało nam nic innego jak spać na polach i w lasach oraz w różnych stodołach, nie wiedząc, kim byli ich właściciele. Kiedy znów zostaliśmy odkryci przez pewnego Polaka, przepłynęliśmy rzekę łódką i kontynuowaliśmy nasze koczownicze życie.


Około roku przed wyzwoleniem zostaliśmy zabrani przez polskiego rolnika do jego domu pod Knyszynem. Nieco później zabrał nas do swojego gospodarstwa na małej wyspie na rzece Narwi, gdzie leżeliśmy całymi dniami i przez większość nocy pomiędzy kopami siana. Nad ranem rolnik przynosił nam posiłek w zamian za tych niewiele pieniędzy, które mi pozostały.


Wraz ze zbliżającą się zimą postanowiliśmy wykopać schron na wyspie, a w tym czasie Becalel Wyłoga i Szmul Feller zostali ukryci przez tego samego Polaka, nie wiedząc o nas, a my o nich.

W tym czasie wojna właściwie minęła i czuliśmy, że zbliża się koniec okupacji. Słyszeliśmy ciągle wieści o kolejnej porażce Niemców. Znowu zaczęliśmy marzyć o wolnym życiu, aż nadszedł wielki dzień i wyszliśmy z kryjówki na otwarte powietrze. Naszym pierwszym celem był Białystok, a po krótkim tam pobycie z kilkoma innymi ocalałymi z Tykocina wróciliśmy do miasta, w którym się urodziliśmy.

 

 

---

 

 

(1) Wielka Synagoga

(2) typ synagogi ze specjalnym pomieszczeniem przeznaczonym do studiów talmudycznych dla chłopców i dorosłych mężczyzn

(3) Tym miejscem było położone w lesie pod Łopuchowem gospodarstwo Wacława Kalinowskiego zwane Moczydłem, kilkaset metrów w linii prostej od miejsca egzekucji

(4) Żona Zyskinda Olsztajna obserwowała rynek z poddasza domu przy obecnej Kaczorowskiej 1, domu jej rodziców, Racheli i Dawida Żółty, właścicieli piekarni. Sami Olsztajnowie mieszkali prawdopodobnie przy ul. Sokołowskiej.

(5) „Akcja” (łapanka) – łapanka Żydów w celu poniżenia, wywózki, pracy przymusowej lub rozstrzelania

 

 

 

Wersja oryginalna w języku angielskim na stronie JewishGen Yizkor Book Project:
http://www.jewishgen.org/yizkor/Tykocin/tyc556.html

 

Oryginalna  wersja Sefer Tiktin w jezyku hebrajskim:

http://yizkor.nypl.org/index.php?id=2746