5 Listopada 2007

Powrót

 

11 (Medium)_2.jpg

 

 

Tutaj zmyto ze mnie grzech i nadano imię.

Tutaj zostałam włączona do społeczności.

Tykociński kościół był moim Jordanem. Może to była Narew. I chyba coś się zaszczepiło w moich komórkach, coś co budzi się ilekroć jestem tutaj i sprawia, że czuję się dobrze w tej przestrzeni. Sama droga jest zapowiedzią tego, co można spotkać w miasteczku. Niby sielankowe banały, łąki, rzeka, wiejskie chaty, ale uroku w tym dużo. Wjeżdżając od strony Złotorii mija się najpierw cmentarz katolicki, co nadaje trochę klimatu pamiętania o tym, że kiedyś i tak skończy się, co się zaczęło. Po chwili wjeżdża się na rynek. Jest kościół. Jest pomnik ze złotą buławą, są domy. Można udać się w trasę, odwiedzić kościół, popatrzeć na jego przepych, zachwycić się ołtarzem, może i nawet zmówić pośpiesznie modlitwę za ogólną pomyślność świata, rodziny i siebie. Potem strzelić sobie fotę z pomnikiem dzielnego hetmana, przejść spacerkiem ulicą do synagogi. Zapłacić za bilet wstępu, postać chwilę w środku, zapłakać nad losem tutejszych Żydów i wyjść z uczuciem ulgi, że dziś to jednak mamy piękne czasy. Można jeszcze wrócić się i przez most nad Narwią podreptać do zamku. Budowla to imponująca. Na razie widoczna z daleka, szczelnie ogrodzona. Wiadomo, zabytek jeszcze musi się pobudować. No i tyle z wycieczki. Pozostaje jeszcze kupienie bajecznie kolorowej pocztówki i udanie się na obiad, aby poznać przysmaki tutejszej kuchni. Można.

Ale można też zapukać do pewnego domu.

Anna Kulikowska

(fotografia autorki)