9 Grudnia 2007

Dom jako źródło cierpień

IMG_2560__Medium_.JPG

 

    Jest niedziela – w Warszawie lekki mróz, suche gałązki w skrzynce na kwiaty poruszają się nieznacznie. Budzę się i po raz kolejny  pogoda przenosi mnie w inną przestrzeń i w dalszą strefę „przyrodniczo-kulturową”. Wiatr od strony Narwi  porusza gałązkami lipy na podwórzu, mieszkanka domu może już wstaje, przed nią zadanie przeżycia kolejnej niedzieli. Dość trudne. Dlatego  uświadamiam sobie dyskomfort, problem z uporządkowaniem sobie dnia…

 

     Podczas ostatniego pobytu w Tykocinie po mszy w klasztorku poruszył nas widok domu państwa Nejmanów na rogu Klasztornej i Bernardyńskiej. Część ogromnej połaci dachu zapadła się już całkowicie od strony ulicy Nadkanalnej, tam, gdzie znajdowała się „górka”. Porządek dachu jeszcze trwa, dachówki nadal trzymają porządek, do którego przywykły, choć ustąpiły już łaty i krokwie. Poruszający spektakl przy przy pełnej obojętności widzów. Ciekawy widok dla fotografika, estetycznie i dramaturgicznie, zasługujacy na serię czarno-białych zdjęć.

 

        Mój osobisty problem dotyczący tego domu zacznę właśnie od tego momentu, gdy był on jeszcze w świetnej kondycji. Zawsze podziwiałam ścianę z potężnych bali od ulicy Bernardyńskiej,  wyobrażałam sobie raz tylko widzianą kuchnię z białymi oszklonymi drzwiami, kredensem, dużym stołem, ciepłą i przyjazną ( mama przypomniała jabłka rozłożone na tym stole przyniesione z sadu.) Wyobrażałam sobie, że  spaceruję po ogrodzie między kwitnącymi jabłoniami. Nigdy nie widziałam natomiast żadnych osób odwiedzających dom na  święta czy wakacje. Wieloletnie, nieskończenie długie sieroctwo domu, który z jakąś uporczywą nadzieją opierał się czasowi.

 

 pan Nejman był fotografem

 

 

i w naszym domowym albumie jest kilka zdjęć przez niego zrobionych. Są  małe i bardzo wyraźne,  obwiedzione dookoła białymi ząbkami. Fotografowanie odbywało się albo przed domem przy ul. Bernardyńskiej (zdjęcie z babcią na tle krzaka kaliny), albo w naszym ogrodzie przy Placu Czarnieckiego. Miałam wtedy cztery lub pieć lat i widać, że wstydzę się pozować stojąc na stołeczku obok mamy odświętnie ubranej. Jestem w aksamitnej sukience z białym kołnierzykiem, na włosach błyszczy nakrochmalona srebrzysta kokarda.

IMG_0746__Medium_.JPG

 

 

     Inne zdjęcie było zapewne „strzelone”  po wyjściu z mszy w klasztorku, dość swobodnie na tle krzaka porzeczki, w maju, w ręku mam bukiecik mleczy zerwanych w ogrodzie.Trudno uwierzyć, że było się kiedyś ładną i miłą dziewczynką w białym wiosennym płaszczyku (na późniejszych zdjęciach było z tym różnie, dąsałam się na ceremonie zwiazane z fotografowaniem). Świat  na tym zdjęciu pachnie świeżo i wiosennie.

 

 

IMG_0736__Medium_.JPG

 

 

      Dom na rogu Bernardyńskiej i Klasztorej jest częścią mojej historii. Przechodząc obok z mamą i bratem  rozmawiamy o obojętnych sprawach – lub udajemy tylko, że rozmawiamy –  dostrzegając jego agonię z całą wyrazistością i ze wszystkimi szczegółami, jak  na przykład przebite drobnymi kamyczkami szyby okna w szczycie ( ktoś w nie z premedytacją celował). Nie mówiąc nic i skrywając ten niedzielny smutek, pamietając o czasach, gdy spotykaliśmy pana Nejmana, który robił nam zdjęcia i po klasztornymi lipami gawędziliśmy z jego żoną, obdarzoną pięknym głosem i śpiewającą podczas mszy na na  chórze w klasztornym kościółku.

 

    Co najmniej dwie sprawy widzę tu jako ważne. Po pierwsze, że dom odchodzi on z powodu wieloletniego opuszczenia, zaniedbania, obojętności. Drugi problem, to samotność kogoś, kto jest świadomy jego samotnego umierania. Zostawić go nie może – bo tu, jest na tych zdjęciach i w tym ogrodzie. Czuje się odrzucony podobnie jak dom i nie ma prawa do wpółczucia. Ktoś, kto boleje nad upadkiem domu skazuje siebie na samotność, na społeczną izolację i  będzie musiał sporzystać z pomocy psychologa. Lepiej wyrzucić zdjęcia?

  

Świadomość odchodzenia domów tykocińskich  to świadomość zagłady tykocińskiej kultury, tej niepowtarzalnej przestrzeni przyrodniczo-kulturowej, która dała mi nie tylko życie, ale i poczucie siebie jaką jestem. Nadal jestem jej bliska -   jestem jej częścią. Co się stanie się z człowiekiem? Jestem – czuję się  tymi odchodzącymi, a wpierw zapomnianymi, porzuconymi, opuszczonymi, niepotrzebnymi domami. Chciałabym to powiedzieć.

 

Jeśli coś mija, odchodzi ze świata materialnego, z naszego życia i z oczu, jest  nadzieja,  że będzie żyć ze wzmożona mocą, a może nawet w sposób wielokrotnie silniejszy w pamięci. Dom może ulec zmitologizowaniu. Będziemy go czcić, wielbić i szanować. Fałszywie…

 

 Przestrzeń domu jest jednocześnie ludzka i boska. 

  
Dom jest święty. Świętość domu wpisana jest w religię chrześcijańską. Diakon  z klasztoru 00. bazylianów na Miodowej w Warszawie, który prowdzi lekcje o religii grekokatolickiej dla dzieci ze szkół na Mokotowie w ramach projektu mokotowskiego„Pędziwiatra”,  pokazuje nam złoty diskos z  ze sceną B. Narodzenia z  wyobrażeniem  stajenki, na którą błyszczy gwiazda betlejemska, jednym, bardzo długim ramieniem siegając stajenki. Stajenka w tradycjach chrześcijańskich wskazuje na świętość domu, domowego ogniska. W domu podobnie jak w świątyni przebywa sacrum, ponieważ to są miejsca, gdzie przebiega niebieska oś Kosmiczna, ustanawiająca połączenie między światem boskim i ludzkim.

  

IMG_2686__Medium_.JPG

Pamiętam  taką luźno utrwaloną  w pamięci chwilę w głębi lat 60-tych, gdy z bratem przychodziliśmy ze szkoły do domu, prosto do kuchni, w której gospodarzyła babcia. Rodzice mieli  zaraz wrócić ze szkoły, gdzie uczyli, mama biologii, tato fizyki, chemii, muzyki. Babcia nie bez zdenerwowania panowała nad kominem, nad dygocącymi pokrywkami i dogotowującymi się daniami, nad parującymi i bulgocącymi garnkami. Bycie tam i wtedy to był to stan czystej bezświadomości,  szczęśliwego przynależenia do domu, życie było opatrzone wielkim znakiem plus i Q.

 

Problemy, o którym mowa  wynikają z ogromnego rozdźwięku, który otwiera się pomiędzy wartością domu dla tego, kto ją uznaje (i domu jako części Tykocina, czy jak inaczej nazwałby to  antropolog, kondensacji tego, co składa się na tykocińskość)  -  tą superwartością dla jednych – a  zerem wartości dla innych.

 

Istnieje strefa dyskomfortu wywołanego świadomością – ale może bardziej właściwie można by to określić - nadświadomością własnej kultury i należenia do niej.

 

Istnieje też strefa cierpienia spotęgowanego i potęgującego się nieskończenie, gdy zaczyna się analizować ten stan i próbowac go opisać z pozycji ‘odrzuconego”.

 

Warto poznać swoją świadomość bycia w  tykocińskiej kulturze ( bo o niej mowa). Jak głęboko, czy tylko na powierzchni zdarzeń i problemów? Im głębiej tym trudniej, trudno żyć z tym w Tykocinie i poza nim, tym cieżej, o ile nie można tego zwerbalizować, nazwać,  określić.

Na tykocińskich stronach internetowych pojawia się spora ilość starych zdjęć, oglądamy je z przyjemnością i wdychając pełną piersią powietrze dawnego Tykocina.Rozsmakowujemy się w nim.

Z drugiej strony jak to się dzieje – zadaję sobie to pytanie,  poświęcając na to niedzielę – że w absolutnej ciszy ma miejsce agonia domów, miejsc i krajobrazów prawdziwie tykocińskich – które tak zachwycają na starych zdjęciach, a które w naturze nie wywołują żadnych emocji, chęci troski, potrzeby ich zachowania, opiekowania się nimi.

 

Ludzie doznają cierpienia zwielokrotnionego  przez obojętność. Cierpienie i lęk tlące się w samotności są zwielokrotniane przez samotność. Sąsiedzi izolują „odmieńca” żyjącego innym czasem.. Toteż stan domu państwa Nejmanów i samotna niedziela mamy w Tykocinie budzi mój niepokój i lęk. I ja mam niedzielę „z głowy”.

 

Ale pomówimy jeszcze o cierpieniu.

 Dom umiera śmiercią podobną bezdomnym zwierzętom. Historia bezdomnej kotki i czarnego kota, znalezionego na ulicy przed domem. Czasem przychodził dożywić się na ganku. Mama twierdzi, że potrącił go samochód.

Płacze się po domu tyle,  co po bezdomnym się kocie. Ktoś jednak w cichości ducha opłakuje te domy, ktoś robi pochówek  bezdomnemu kotu lub psu. Jak mógł tego nie zrobić? Dom przygarnia wszelkie istoty potrzebujące pomocy, czy nie tak?

 

 Pod Tykocinem przetaczaja się jakieś kontynenty, zderzają się kulturowe płyty tektoniczne. Przy wjeździe do miasta pełną parą pracuje wysypisko śmieci przyjmując szczątki rozpadu tykocińskiej kultury. Dosłownie. Tu wyrzuca się szczątki domów. Poległa  aleja topolowa ciągnąca się aż do lasu.

 

Szkoda, ze problemy tykocińskiej kultury nie interesują ludzi zawodowo zajmujących się kulturą,  na przykład antropologów, uczestników Festiwalu Domu. To do nich szczególnie , bardziej niż do innych przybyszów  traktujących swój związek z Tykocinem raczej z zawodowym egoizmem i przelotnie kieruję to niedzielne niby - kazanie.

 

 

 Maria Markiewicz