25 Sierpnia 2020

79 rocznica Zagłady tykocińskich Żydów


 

Ucieczka z rynku

Historia Izaaka Fellera, ocalałego z tykocińskiej Zagłady


Tłumaczenie z hebrajskiego Selwyn Rose. Tłumaczenie z angielskiego Tomasz Markiewicz.

 



 

 

Kiedy zniknął konwój ciężarówek, wnet pojawiły się cztery nowe i ładowanie trwało nadal, dopóki wszystkie kobiety, dzieci, starcy, chorzy i wyczerpani nie zostali załadowani. Niemcy wyznaczyli czterech ludzi, mnie między innymi do pomocy przy ładowaniu starców i wyczerpanych, a raczej do wrzucania ich na ciężarówki jak worki piasku albo kamieni.

 

Cztery ciężarówki pełne kobiet, dzieci i starszych mężczyzn odjechały. Godzinę później wróciły puste. I znowu mieliśmy szokujący widok kobiet i starców ładowanych na  ciężarówki.  I tak spektakl trwał przez kolejne trzy kursy - ciężarówki przyjechały, załadowały i odjeżdżały - cztery razy. Kiedy zdałem sobie sprawę, że zostaliśmy przy życiu tylko po to, aby oszczędzić Niemcom pracy przy załadunku i że po zakończeniu tej pracy nadejdzie nasza kolej, powiedziałem moim towarzyszom, że musimy uciec. Mając to na uwadze, zwróciłem się do jednego z polskich policjantów i zapytałem, czy możemy iść, a jego odpowiedzią był ciężki cios metalowym prętem, który trzymał w dłoni. Podjąłem jeszcze kilka prób z różnymi policjantami, ale z tym samym rezultatem. W końcu postanowiłem uciec bez względu na konsekwencje: zbliżyłem się do policjanta, ale zanim zdążył zareagować, pchnąłem go mocno, co całkowicie wytrąciło go z równowagi i zacząłem z całych sił uciekać po krętych uliczkach i zaułkach, aż wydostałem się poza miasto. Tam ukryłem się w dużej kopie siana i doczekałem do zmroku. W ciemności przekroczyłem rzekę i dotarłem do pobliskiej wsi Piaski. Spotkałem tam kilku innych uciekinierów z Tykocina - mojego brata, Arona Fellera i jego syna, Berla Brennera, Szaula-Leiba Trachamowskiego i żonę krawca Chaima. Chrześcijanie w wiosce nie wpuszczali nas do swoich domów i byliśmy zmuszeni ukrywać  się po polach do środy. Przez pierwsze dwa dni słyszeliśmy strzały i krzyki dochodzące z kierunku lasu łopuchowskiego, gdzie zabrali naszych bliskich - niech Pan  pomści ich krew.

 

Od nielicznych ocalałych, których spotkałem w Piaskach, dowiedziałem się, że moja 12-letnia córka również uciekła z rynku wraz z szwagierką i znalazła schronienie u jednej z rodzin chrześcijańskich w mieście. Natychmiast wsiadłem do łodzi i przepłynąłem rzekę z powrotem do miasta i zacząłem szukać wśród chrześcijańskich rodzin, które znałem, ale wszystkie moje wysiłki, aby je zlokalizować, zawiodły. Korzystając z okazji, wróciłem do domu, ale nie zastałem tam żywej duszy, załamałem się i gorzko zapłakałem. Kiedy wracałem do łodzi, zobaczyłem polskiego policjanta, Henryka A. i dwóch innych, którzy zaczęli mnie gonić. Złapali mnie, zaciągnęli na komisariat i postawili przed niemieckim śledczym. Ten zapytał mnie, gdzie byłem, kiedy zabrali wszystkich innych z miasta, a ja pokazałem mu dokument od władz z zeszłego tygodnia, który pozwalał mi jechać do Białegostoku, aby zabrać chorą córkę naszego farmaceuty. Niemiec był niesympatyczny i kazał mnie zatrzymać w oczekiwaniu na wydanie rozkazu mojej egzekucji. Zwróciłem się do polskiego policjanta i zapytałem go, gdzie są moje dwie córki, które pracowały na komisariacie policji, a on powiedział cynicznie, że nie muszę się już o nie martwić. Dobrze znany mi sekretarz, również obecny, zwrócił się do Niemca i poprosił o przeniesienie mnie do sąsiedniego budynku, w którym przetrzymywanych było kilku innych żydowskich rzemieślników, bo wraz z nimi nadal mogę być przydatny.

 

Niemiec wezwał mnie i kazał mnie przenieść do tego budynku i zarejestrować się u „robotników-Żydów” (kowali, budowniczych i stolarzy), a tam spotkałem siedmiu żydowskich mężczyzn - Joske Płońskiego, Szaula  kowala, Jaskółkę,  syna Lejba Perko i innych. Padliśmy sobie na ramiona, płacząc z radości i ulgi zmieszanej z bólem, cierpieniem i stratą, której wszyscy doznaliśmy. Następnego dnia pod wieczór umieścili nas pod strażą jednego tylko człowieka. Natychmiast zasugerowałem, że uciekamy. Pozostali zgodzili się całym sercem, ale powiedzieli, że powinniśmy to zrobić indywidualnie lub najwyżej po dwóch, aby zwiększyć szansę na sukces.

 

Tuż przed świtem Joske Płoński i ja uciekliśmy i nie wiedząc, w którą stronę iść, wędrowaliśmy bez celu po okolicznych wioskach. Przez trzy tygodnie chowaliśmy się w polach i lasach. Wieśniacy, których znaliśmy, dawali nam niewielkie ilości jedzenia, ale nie chcieli nas zatrzymać w swoich domach. Podczas pierwszych dni Sukkot dotarliśmy do Białegostoku i znaleźliśmy się wewnątrz murów getta. Było to przed sierpniem i nie było jeszcze wtedy okrutnych„Akcji”, a życie w getcie na razie biegło normalnie. Tam znalazłem moją szwagierkę razem z moją małą córeczką - była ze mną do czasu pierwszej „Akcji”.

 


 

 

 

https://www.jewishgen.org/yizkor/Tykocin/tyc473.html#Page485